Dziki placemaking

dziki placemaking

Długi czas wahałam się, czy Dzikie Pole powinno pojawić się w naszym portfolio. Nigdy nie zaprojektowaliśmy tej przestrzeni. Albo inaczej – nigdy nie narysowaliśmy projektu tej przestrzeni. Wszystko, co tam powstaje, tworzymy in situ. To jeden wielki eksperyment. Postanowiłam jednak zamieścić go na stronie, a także napisać o nim tutaj, ponieważ wiąże się z nim jedna ważna kwestia – to przykład na to, że miejsce tworzy się małymi krokami, drobnymi udoskonaleniami. Tworzenie miejsca to proces.

Architekci tworzą dobrą przestrzeń.
Dobre miejsce tworzą ludzie, którzy z tej przestrzeni korzystają.

W tym wypadku mamy podwójną rolę – jesteśmy architektami, ale też użytkownikami tej przestrzeni. Architekci rzadko mają okazję doświadczyć czegoś tak ciekawego, jak projektowanie in situ. Ten łaciński zwrot oznacza dosłownie „w miejscu”. I właśnie w tym miejscu powstają pomysły na kolejne elementy, to tu testujemy co się sprawdza, a co nie. Kiedyś zbudowaliśmy tamę. Przyjemnie było posłuchać szumu wody. Spadający strumień pogłębił dno co umożliwiło nowe zabawy. Ale z czasem spiętrzona rzeka zaczęła niszczyć nasze „bulwary” i podmywać brzegi. Na tamie zbierały się gałęzie i śmieci. Postanowiliśmy ją zlikwidować. Patrzyliśmy jak rzeka odzyskuje swoją przestrzeń, zasypuje dno. Po pół godzinie (!) wszystko wyglądało tak, jakby nigdy nie było tam tamy. Nie licząc oczywiście podmytego brzegu, z którym musieliśmy już uporać się sami. Pomyślałam wtedy, że gdyby zostawić w spokoju jakieś miejsce, nawet mocno zdewastowane przez człowieka, przyroda sobie poradzi, odzyska je.

Przy odpowiednich środkach dobra przestrzeń powstaje szybko.
Powstawanie dobrego miejsca to proces, który trwa latami.

Nie da się stworzyć dobrej przestrzeni za jednym zamachem. To jedna z podstawowych prawd o architekturze krajobrazu, z którą trudno się pogodzić architektom, inwestorom, urzędnikom. Żyjemy w czasach, w których wszystko ma być na już, a najlepiej na wczoraj. I wszystko zapięte na ostatni guzik. I ładne. A co jeśli coś nie zadziała? Trudno – trzeba poczekać do następnego remontu, a ten nastąpi za kilkanaście lat, bo jest tyle innych miejsc do zagospodarowania. Nawet we wnioskach składanych do budżetu obywatelskiego, czyli przy projektach o dość niskim budżecie i skierowanych z założenia do mieszkańców, brakuje często miejsca na proces (…).
Etapowanie prac kojarzy nam się z ryzykiem. Bo jaką mamy pewność, że będą pieniądze na ciąg dalszy, że nie zmieni się władza lokalna, że nie pojawią się pilniejsze wydatki. Mamy też problem z tymczasowością. W języku niemieckim istnieje pojęcie „Zwischennutzung”. Pusta działka, na której ma coś powstać za 5, 10 czy 15 lat, może być przecież przez te lata wykorzystana, np. jako ogród społeczny. U nas się „nie  opłaca”. Bo po co coś robić, jeśli zaraz zabiorą, zabudują. Tylko to „zaraz” może trwać lata. Martha Schwartz napisała kiedyś, że jeśli można poprawić przestrzeń publiczną choćby na sekundę, lepiej to zrobić niż nie robić nic. Moim zdaniem dotyczy to każdej przestrzeni.

Fragment książki „Ścieżka bosych stóp”, wyd. pracownia k., Kraków 2017

Dziki placemaking

Dzikie Pole to przestrzeń prywatna. Na pewno inaczej funkcjonowałaby jako przestrzeń publiczna. Wiele rzeczy musiałoby wyglądać inaczej. Widzę jednak pewne analogie, dlatego pozwoliłam sobie nazwać proces, który tam zachodzi placemakingiem. Ta koncepcja powstała w latach 60-tych XX w. w USA. Zakłada ona, że przestrzeń publiczna powinna być kształtowana wspólnie ze społecznościami lokalnymi, ma budować więzi sąsiedzkie, angażować mieszkańców. Ma być elastyczna, podlegać ciągłym zmianom, dostosowywać się do potrzeb ludzi, którzy z niej korzystają. Fundacja Project for Public Spaces od wielu lat udowadnia, że to nie tylko ładne idee. Stworzyła ona 11 zasad, które wynikają wprost z filozofii placemakingu. Przytoczę tylko te, które dotyczą również Dzikiego Pola. Pozostałe możesz przeczytać na stronie PPS.

Możesz zobaczyć wiele po prostu obserwując.
I to jest świetna rada dla rodziców, którzy chcą urządzić dzieciom kącik zabaw w ogrodzie. Nie macie pomysłu? Zapytajcie je. Albo jeszcze lepiej – poobserwujcie. Jak się bawią, gdzie się bawią, czym się bawią.

Zacznij od petunii.
Czyli od małych kroków. Nie musisz zrobić wszystkiego od razu. Dotyczy to zarówno ogrodów przydomowych, jak i publicznych placów zabaw. Możesz etapować pracę. Możesz założyć, że coś powstaje tymczasowo i służy do testowania. Możesz wprowadzić jeden element, który przyciągnie sąsiadów. Zaczną o nim mówić i wspólnie wymyślicie co dalej.

Pieniądze nie są problemem.
Serio. Zostawiam temat na inny artykuł.

I jeszcze dwa, o których już pisałam powyżej:
Tworzysz miejsce, nie projekt.
Nigdy nie skończysz.

Jeśli też masz takie miejsce, które rośnie razem z Twoimi dziećmi – podziel się. Prześlij zdjęcie, opisz, zostaw komentarz.


Materiały video do filmu promującego książkę „Ścieżka bosych stóp”. Zdjęcia i montaż: Grzegorz Bojda | Jedzenie w terenie

Zdjęcie: Michał Rokita | pracownia k.