Projektant placów zabaw na festiwalu dizajnu, vol. 2

Całkiem niedawno pisałam artykuł o tym samym tytule. Organizatorzy zrobili nam „niespodziankę” i przyspieszyli tegoroczną edycję Łódź Design Festival. Dziś, podobnie jak poprzednio, dzielę się przemyśleniami i zdjęciami.

Maj zamiast października

Dlaczego piszę o „niespodziance”? Bo uważam, że zmiana terminu z października na maj to fatalny pomysł. To prawda – przyjemnie spacerowało się po Łodzi w słoneczny, ciepły dzień. Ale równie przyjemnie byłoby w lipcu, sierpniu czy wrześniu. Ale w maju? W maju dzieje się… wszystko. Wyjazd w tym roku oznaczał dla nas rezygnację z wielu innych rzeczy. Wielu moich znajomych (którzy byli stałymi bywalcami festiwalu) nie mogli pojechać, ponieważ mieli własne wernisaże lub warsztaty. Bardzo lubiliśmy to, że gdy już wszystko się pokończyło, a świat zdawał się powoli zasypiać w sen zimowy w kalendarzu pojawiało się jeszcze jedno fajne wydarzenie.

Jak tę zmianę argumentują organizatorzy? Na stronie czytamy: „Wydarzenie w tym roku stawia też na większą obecność w przestrzeni publicznej (…)”. Poniżej zamieszczam zdjęcie JEDYNEJ instalacji w przestrzeni publicznej, jaka się pojawiła z okazji festiwalu. Wszystkie wydarzenia główne oraz (nieliczne) towarzyszące odbywały się w budynkach.

festiwal dizajnu

Jeszcze jedna nowość

Dla nas festiwal różnił się od pozostałych nie tylko ze względu na termin. Po raz pierwszy wybraliśmy się z dzieckiem (jednym, z dwójką nic byśmy nie zobaczyli). Jak zwiedza się ŁDF z dzieckiem? Inaczej. Trudniej. Ale też ciekawie. Przyznam, że byłam miło zaskoczona, choć na pewno nie wyniosłam z wystaw tyle, ile mogłabym będąc tylko z Michałem. Co ciekawe akurat tak się złożyło, że jedna z głównych wystaw była skierowana do dzieci. Wystawa nosiła tytuł „Przytul Polskę” i była kuratorowana przez Mamy Projekt (Pola Amber, Joanna Studzińska i Małgorzata Żmijska). Przyznam, że dość sceptycznie podeszłam do pomysłu patriotycznej wystawy dla dzieci. Nie to, żebym nie była patriotką, ale w obecnej sytuacji politycznej… Sam/a rozumiesz… Muszę jednak przyznać, że autorki dość zgrabnie wybrnęły. Dzieci miały okazję poznać ciekawe polskie słowa, zwierzęta polskich lasów, dobre polskie książki dla dzieci, symbole narodowe, lokalną kuchnię i oczywiście, zgodnie z zapowiedzią, przytulić Polskę-poduszkę.

festiwal dizajnu

Nothing but flowers

Główna wystawa to refleksja nad relacją człowieka z technologią. Na stronie ŁDF czytamy:

Nie zawsze nadążamy za tym, co nowe, i często nie potrafimy przewidzieć konsekwencji zmian. Czy technologia zawsze nam pomaga, czy może częściej wyklucza? Cyfryzacja usprawnia wiele dziedzin naszego życia, ale także wzbudza obawę przed odstawieniem na boczny tor, wypadnięciem z obiegu, utraceniem sprawczości i unikalności. Jak technologia wpływa na naszą tożsamość? To temat przewodni Festiwalu, który szeroko omawiany będzie m.in. w ramach wystawy głównej „Nothing but flowers”.

Przyznam szczerze, że niewiele z tej wystawy zrozumiałam. Brakowało mi jakiegoś wprowadzenia, jak chociażby słowa powyżej, które przeczytałam dopiero po powrocie do domu. Dlaczego nie mogły pojawić się na ścianie przy wejściu na wystawę?. Bardziej przypominało to konceptualną wystawę sztuki współczesnej niż wystawę dizajnu. Ale w porządku, być może takie formy również są potrzebne. Zamiast oglądać kolejne „ładne rzeczy” dobrze czasem się zatrzymać i zastanowić. Mi nie było dane się zatrzymać na wystarczająco długo (nie chcę zwalać na Antosia, ale jednak…).

Dlaczego więc piszę o tej wystawie? Bo znalazłam na niej jedną instalację, która mnie (z oczywistych względów) poruszyła. Był to robot, który „za karę” miał napisać wiele razy „I must not hurt humans”. Jak uczeń, który coś przeskrobał i musiał zostać po lekcjach. Praca ta ma co najmniej dwa wymiary. Z jednej strony jest to pytanie o niezwykle szybko rozwijającą się sztuczną inteligencję – na ile roboty mogą myśleć i podejmować samodzielne decyzje, i co to oznacza dla nas. Z drugiej to ironiczne odniesienie do systemu edukacji, który zmienia dzieci w robotów, przygotowuje je do odtwórczej pracy polegającej na wypełnianiu poleceń przełożonych. To działało przez wieki, ale w czasach gdy najbardziej mechaniczne prace przejmują maszyny – system ten nie ma racji bytu. Można oczywiście się załamywać i rwać włosy z głowy, ale zdecydowanie bardziej podoba mi się podejście Vladimira, który mówi w swoim podcaście – dzięki automatyzacji, człowiek ma szansę znów być człowiekiem. Polecam ten odcinek „Biznesu myśli”, bo doskonale wyjaśnia jak działa obecny system edukacji i dlaczego jest zły. Pisałam o tym również w artykule „Łatanie dziur już nie wystarczy”.

Ulubiona sala

Na ŁDF mam dwie ulubione sale, gdzie zawsze znajdę coś ciekawego. Tym razem trochę się zawiodłam, bo po stolarni i makietach braci Bouroullec miałam wysokie oczekiwania. Tym razem wystawa mnie nie powaliła, więc przejdę od razu do mniejszej salki. Tym razem była zagościła tam wystawa SoundWeaving V4 Edition, zorganizowana przez Węgierski Instytut Kultury. Artysta Zsanett Szirmay i kompozytor Dániel Vikukel dokonali ciekawego zabiegu – zebrali motywy węgierskiego, słowackiego, czeskiego i polskiego haftu krzyżykowego, przełożyli go na uproszczone wzory, którymi następnie pokryli taśmy perforowane i umieścili w pozytywkach.

I jeszcze kilka zdjęć dla oddania klimatu