Firma rodzinna

firma rodzinna

Od zawsze prowadzę firmę rodzinną, choć dopiero niedawno zaczęłam ją tak nazywać. Zwyczajowo to określenie oznacza, że członkowie zarządu są spokrewnieni. W moim przypadku oznacza to, że przyjeżdżam na spotkanie do klienta z dzieckiem pod pachą. Raz (dosłownie raz) zdarzyło mi się, że ktoś uznał to za wyraz naszej niezwykłości. I wtedy po raz pierwszy i ostatni przeszło mi przez myśl, że nie jest to standard, że może być w tym coś… dziwnego.

Zazwyczaj jest jednak inaczej. Czasami mam wrażenie, że tak naprawdę nie zapraszają nas, tylko Franka, a my występujemy w roli opiekunów. Gdy podczas Pecha Kucha Kraków wygłaszałam swoją niespełna 7 min. prezentację na temat placów zabaw, których jeszcze nie ma, Franek siedział na specjalnie dla niego przygotowanym dziecięcym fotelu. W pierwszym rzędzie oczywiście. Być może wynika to z tego, że zajmuję się projektowaniem przestrzeni dla dzieci. Jakoś to mnie usprawiedliwia, a może nawet uwiarygadnia.

Życie jest jedno

Powoli zaczynam odkrywać, że firma rodzinna to nie określenie zależności między jej właścicielami, a filozofia życia. Kocham moją rodzinę i uwielbiam to, co robię w pracy. Nie widzę powodów, żeby te dwa obszary rozdzielać. Nie szukam balansu między „życiem zawodowym”, a „życiem osobistym”. Życie jest jedno. I chcę tego nauczyć swoje dzieci. Tego, że pasja w pracy jest nie mniej ważna niż miłość w rodzinie.

Poważnie o zabawie

Oczywiście, rodzina to mój priorytet. Poważnie traktuję wspólny czas i sprawy każdego członka rodziny. Nie pracuję w weekendy i wieczorami. Popsuta, plastikowa koparka nie jest mniej ważna niż nieodpisany mail. Ale równie poważnie traktuję swoją pracę. Moje projekty zamawiają przedstawiciele miast, gmin, parków narodowych, hoteli, ale uważam, że moimi klientami są dzieci, dla których projektuję. I wkurza mnie, gdy ktoś zakłada, że jak coś jest dla dzieci to wystarczy, żeby było kolorowo. Że można zrobić cokolwiek i byle jak. Dlatego uparcie drążę temat i historię każdego miejsca, namawiam do wprowadzenia innych elementów niż standardowe, przekonuję, że warto czasem więcej zainwestować, pokazuję, że tak się da, tłumaczę jak to ugryźć od strony formalnej. Robię swoje z pełnym zaangażowaniem. Takie podejście wymaga czasu. Dlatego nie projektuję „na wczoraj”. Jeśli ktoś oczekuję projektu w dwa tygodnie mówię mu, że źle trafił.

Testowane na dzieciach

Kiedyś nie rozumiałam gdy ktoś mówił, że od dzieci i męża trzeba czasem odpocząć. Nie odczuwałam takiej potrzeby, dopóki w naszym zespole nie pojawił się Antek. Czasami żartuję, że prawdziwe życie zaczyna się po drugim dziecku. Czasami mówię to śmiertelnie poważnie. Obecnie jest łatwiej, bo chłopcy są w przedszkolu, ale nie chcemy, aby spędzali tam całe dnie. Odbieramy ich wczesnym popołudniem i resztę dnia spędzamy razem, w czwórkę. Mamy więc około pięciu godzin na pracę. Trochę mało, ale z drugiej strony kto powiedział, że dzień pracy musi trwać osiem godzin. Tym bardziej, że tak naprawdę te pięć godzin służy do załatwienia wszystkiego, co musi być zrobione w biurze – narysowane, opisane, popłacone, wystawione. Gdy praca staje się pasją nie da się z niej „wyjść”. Nie można być architektem od 9 do 14 czy 17. Wszędzie szukam inspiracji, podpatruję, podróżuję, testuję, smakuję. A chłopcy razem ze mną. Nasze wakacje polegają na testowaniu placów zabaw. A gdy czegoś nam do tej zabawy brakuje Franek mówi: „Trzeba wymyślić. Idę do biura. Zrobię projekt”.

Rodzinna atmosfera

Nasz „zarząd” składa się z czterech osób, z czego najmłodszy w tym momencie ma niecałe dwa lata. Razem ze swoim bratem zajmuje stanowisko specjalisty do spraw zabawy i głównego testera. Z naszymi współpracownikami kontaktujemy się przez Internet. Ale gdy mamy się z kimś spotkać siadamy przy stole, w domu. W ten sposób spotkania firmowe przeradzają się w towarzyskie, albo na odwrót. Uwielbiam pracować z ludźmi, którzy żyją pasją jak ja. To czuć, to widać. Rozmowa inaczej przebiega. Często się zaprzyjaźniamy. W poważnym magazynie można by o nas napisać, że w firmie panuje „rodzinna atmosfera”.

Może to zbyt górnolotne, ale jednak – misja

Rozważając podobieństwa między firmą, a rodziną i rozmyślając o łączącym je określeniu „firma rodzinna” przychodzi mi na myśl jeszcze jedno. Wychowywanie dzieci to wspaniała przygoda i wyzwanie. Wciąż uczę się, jak ważne jest bycie w pełni tu i teraz razem z dziećmi. Cały czas też myślę o tym, żeby zapewnić im dobry start w samodzielne życie. Aby było dobre, szczęśliwe, pełne pasji i przyjaciół. Trochę też jest tak z moją pracą. Projektowanie placów zabaw to nie tylko frajda, ale też rodzaj misji. Tak, chcę zmieniać świat. Chcę, żeby wszystkie dzieci miały piękną przestrzeń, gdzie będą mogły się rozwijać, zaprzyjaźniać, spędzać czas z rodziną, uczyć się i bawić. Gdzie będą mogły być dziećmi.

Odwaga czy szczęście?

Czy boję się powiedzieć klientowi, że jeśli chce zamówić projekt musi poczekać dwa miesiące, bo zajmuję się tylko jednym projektem w jednym czasie? Czy zastanawiam się, co bym osiągnęła, gdybym pracowała więcej, ciężej, dłużej? Czy martwię się, jak to zostanie odebrane, gdy na firmowym profilu zamieszczę zdjęcie klockowej budowli zbudowanej przez Franka i jego tatę? Nie. Ale nie jest to kwestia odwagi, a konsekwencja dokonanych wyborów. Kiedyś zdecydowałam, że chcę się zajmować takim tematem. Związałam się z człowiekiem, z którym mogę się dzielić po równo obowiązkami firmowymi i domowymi. Zbudowałam markę, która pozwala mi nie gonić za klientem zgadzając się na wszystko. A może po prostu mam dużo szczęścia?

Artykuł (w nieco zmienionej formie) ukazał się antologii tekstów na Zlocie Latającej Szkoły Agaty Dutkowskiej.

Ty też prowadzisz firmę rodzinną?

Podziel się swoją historią. I metodami radzenia sobie z ogarnięciem tego wszystkiego ;).

Zdjęcie: Nina Bojda | Jedzenie w terenie