Architekt z Buford okradł dziecko.

To nie jest jedyny przypadek. Architekci okradają dzieci nagminnie. Pisał już o tym Simon Nicholson w 1971 r., ale nadal nikt nie reaguje.

How NOT to cheat children – The theory of loose parts

Taki tytuł nosił artykuł autorstwa Simona Nicholsona, który ukazał się w branżowym piśmie „Landscape Architecture” 62/1971. Niniejszy artykuł nie jest streszczeniem, ani tym bardziej tłumaczeniem tekstu Nicholsona, a raczej zbiorem przemyśleń zainicjowanych jego treścią. Zainteresowanych odsyłam do oryginalnego tekstu. Jeśli
uważasz, że coś źle zrozumiałam lub inaczej to interpretujesz – napisz w komentarzu.

Teoria luźnych elementów

O tej teorii pisałam już w artykule „Tekturowe pudło“. Nie chcę się powtarzać, ale żeby nie zmuszać Cię do klikania tam i z powrotem przeklejam najważniejsze dwa fragmenty.

Teoria luźnych elementów brzmi mniej więcej tak:

W każdym środowisku, zarówno stopień wynalazczości i kreatywności, jak i możliwość odkrycia, są wprost proporcjonalne do liczby i rodzaju zmiennych w nim.

Wiele osób rozumie to w bardzo ograniczony sposób – dajmy dzieciom różne szpargały, a one będą bawić się na wiele różnych sposobów, dzięki czemu rozwinie się ich kreatywność i wynalazczość. Ale Nicholsonowi nie chodzi tylko o pudła i patyki do zabawy, ale o wiele więcej. Wychodzi on z założenia, że teorię tę można przełożyć na proces planowania miasta.
Jeszcze jeden fragment – Nicholson pisze, że jednym z największych mitów, jakim się nas karmi od małego to przekonanie, że kreatywność jest darem, który otrzymali nieliczni. Wszyscy musimy żyć w środowisku ukształtowanym przez nielicznych utalentowanych. Słuchać muzyki, czytać poezję i oglądać sztuki stworzone przez nielicznych utalentowanych. To kłamstwo, na którym bazuje dominująca elita, wmawiająca nam, że planowanie, dizajn i architektura są tak trudne i tak specjalistyczne, że tylko nieliczni utalentowani z odpowiednimi certyfikatami i tytułami, mogą właściwie rozwiązać problemy środowiskowe.

Jak to było z tą kradzieżą…

Skoro uznaje się, że planowaniem i projektowaniem mogą zajmować się tylko wykształceni i uzdolnieni architekci – do głosu nie dopuszcza się tych, którzy będą z danej przestrzeni korzystać. Przypominam, że tekst, który omawiamy powstał w 1971 r. Od tej pory sporo się zmieniło, ale nie w takim stopniu, jak oczekiwał tego Nicholson. Weźmy na przykład place zabaw. Przychodzi architekt i projektuje plac zabaw, świetnie się przy tym bawiąc (potwierdzam, to naprawdę jest wielka frajda). Potem przychodzi budowlaniec i też się dobrze bawi. W tej zabawie chodzi przede wszystkim o to, że te osoby mają wpływ na to, co powstanie. Architekt tworzy jakąś wizję. Wykonawca sprawia, że wizja nabiera realnych kształtów. A potem przychodzi dziecko… I nie ma już nic do roboty. Bo wszystko zostało wymyślone, zaprojektowane, zbudowane. Od A do Z. Nic mu nie zostawili. Nicholson jest w tym względzie brutalny:

Cała zabawa i kreatywność zostały skradzione, dzieci, dorośli i społeczności są grubiańsko oszukane, a edukacyjno-kulturowy system dba o utrzymanie ich w przekonaniu, że jest to „słuszne”.

W jaki sposób można wykorzystać teorię luźnych elementów?

Co może się w tym względzie zmienić? Co powinno się zmienić?

Zaangażowanie społeczeństwa

Jak wspomniałam wcześniej Nicholson twierdzi, że teorię luźnych elementów można przełożyć na planowanie miast. Jest to trudne, ale potrzebne. Miasto składa się z bardzo wielu elementów. Proces planowania to z jednej strony spojrzenie całościowe (to rola urbanistów, architektów, socjologów i innych specjalistów), ale też wiele przestrzeni i interakcji sąsiedzkich, o których najlepiej wiedzą sami mieszkańcy.
Już w latach 60-tych i 70-tych można było zaobserwować rosnące zaangażowanie społeczeństwa. Ludzie wyszli na ulice i zażądali prawa głosu. Nie tylko raz na pięć lat przy wyborach, ale na co dzień. W sprawach nie tylko „wagi państwowej”, ale też w sprawach codziennych, dotyczących ich najbliższego otoczenia. To zaangażowanie stale rośnie i obecnie pojawia się coraz więcej narzędzi, które to umożliwiają.

Partycypacja dzieci

Powoli dojrzewamy do tego, co prawie 50 lat temu pisał Nicholson – zapraszamy mieszkańców miast do dyskusji. Ale wciąż brakuje w tej dyskusji dzieci (mimo, że twórca teorii luźnych elementów też o tym pisał). Owszem, dzieci są na warsztatach czy innych imprezach tego typu. Ale co robią? Rysują swoje wymarzone… (tu wpisz to, co akurat chcesz przedyskutować). Mam takie spostrzeżenie – jak ktoś nie wie, co zrobić z dziećmi to każe im rysować. A po drugie – wiecie, jakie jest najgorsze pytanie, jakie architekt może zadać dzieciom, z którymi ma projektować plac zabaw? Brzmi ono: „Jak powinien wyglądać Wasz wymarzony plac zabaw?” Jak tak zapyta to jest spalony. Już „po ptokach”. Dlaczego? Na pewno napiszę o tym osobny artykuł, ale jeśli Cię zaintrygowałam zapraszam do lektury e-booka „Moi mali klienci. Partycypacja dzieci w projektowaniu przestrzeni”.

Interdyscyplinarność

Zmienność elementów, o którą postulował Nicholson to nie tylko fizyczne przedmioty, które można przedstawiać. To również podejście do nauki i badań. W codziennym życiu nie rozdzielamy fizyki od matematyki, biologii od chemii, języka od prac ręcznych. Gdy gotujemy obiad kroimy marchewkę nożem, czytamy przepis, podgrzewamy ciała stałe i ciekłe. I jeszcze rozmawiamy z dzieckiem o zadaniu z matematyki. I to jest naturalne podejście do świata. I tak też to powinno wyglądać w szkołach – im więcej interdyscyplinarnych projektów, tym wyższy „stopień wynalazczości i kreatywności, jak i możliwość odkrycia”.

Prowadzenie badań

Z nauką jest podobnie jak z edukacją. Gdy zamykamy się na jedną metodę, jeden punkt widzenia – dostajemy zafałszowany obraz. Nicholson pisze również o tym, że badając dzieci robimy pewne założenia. Kiedy sprawdzamy co się dzieje, gdy dzieci korzystają z jakiegoś urządzenia na placu zabaw, dostajemy jakieś tam wyniki. Ale co by się stało, gdybyśmy pozwolili dzieciom samodzielnie zbudować swój plac zabaw. Jakie wyniki dostalibyśmy wówczas? Punktem odniesienia mogą być przygodowe place zabaw (o których również na pewno napiszę). Jak pisze Nicholson – to takie „wolne społeczeństwa w miniaturze”. Dzieci wchodzą w interakcje między sobą i playworkerem, eksperymentują, współpracują, a czasem muszą rozwiązać konflikt. Tu naprawdę nie chodzi tylko o to, że pozwalamy im zbić dwie deski gwoździem czy zbudować bazę. A właśnie o to całe bogactwo zdarzeń, które pojawia się niejako „przy okazji”.

Zacznijmy od miejsc, w których są dzieci

Jak słusznie można zauważyć – roboty jest od groma. Nicholson poleca takie krótkie ćwiczenie – gdy coś projektujesz zastanów się, na ile elementów masz wpływ Ty, a na ile przyszli użytkownicy. Nie można zmienić od razu całego świata (a już tym bardziej tego błędnego przekonania, że o przestrzeni mogą decydować tylko specjaliści), ale trzeba zacząć od miejsc, w których przebywają dzieci. Szkoły, przedszkola, szpitale, domy kultury – to powinno iść „na pierwszy ogień". Ale podążając dalej teorią zmiennych, możemy też tworzyć nowe miejsca, które są interdyscyplinarne i łączą potrzeby różnych grup – muzea techniki, centra edukacji przyrodniczej, mobilne klasy, świetlice środowiskowe i wiele innych miejsc.

Zdjęcie: Andrii Nikolaienko