Łatanie dziur już nie wystarczy. O współczesnym systemie edukacji.

Dlaczego piszę o edukacji na blogu Nieplac zabaw? Bo to ważne! I dotyczy dzieci. Naszych dzieci – moich i Twoich. Artykuł jest o tym, co jest nie tak z obecnym system edukacji. I jeszcze nie wiem co z tym zrobić. Na razie robię to, co mogę – piszę.
Poniższy tekst jest oparty o fragmenty artykułu „Edukacja architektoniczna w szkole przyszłości“, który ukazał się w nr 1/2018 „autoportretu. pisma o dobrej przestrzeni“. Tam główny nacisk kładę na edukację architektoniczną dzieci. Tutaj skupiam się systemie edukacji w ogóle. Pełny tekst znajdziesz w wersji papierowej, dostępnej w Małopolskim Instytucie Kultury.

Kryzys szkoły

„Współczesna szkoła znajduje się w bardzo głębokim kryzysie” – pisze Jesper Juul w książce „Kryzys szkoły. Co możemy zrobić dla uczniów, nauczycieli i rodziców?”. „Wszystkie systemy edukacji na świecie są teraz ulepszane. Ale to nie wystarczy. Ulepszanie już nie pomaga. Ulepszanie złego systemu nie ma sensu. Potrzebujemy (…) nie ewolucji tego systemu, a rewolucji. Edukacja musi być przekształcona w coś zupełnie innego” – apelował Ken Sir Robinson na konferencji TED Education w 2013 roku. O potrzebie zmian w edukacji na ostatnim Międzynarodowym Forum Ekonomicznym mówił Jack Ma, chiński miliarder. Temat pojawia się również w kontekście polskiej szkoły – na Open Eyes Economy Summit w listopadzie 2017 i kongresie Duchowo/ Genialnie/ Globalnie w styczniu 2018 roku.

Zaniepokojeni rodzice wymieniają się na forach internetowych informacjami o przemęczonych i zestresowanych dzieciach, długich godzinach spędzonych na odrabianiu zadań domowych, ciężkich tornistrach i coraz obszerniejszych programach szkolnych. Przed nauczycielami stawiane są coraz wyższe wymagania, czują się przymuszeni do zwiększania tempa. Sygnalizują, że zajęcia pozalekcyjne i spędzanie coraz dłuższego czasu przed komputerem i telewizorem, a tym samym coraz mniej na śnie wpływają na koncentrację u ich uczniów, powodują zmęczenie. Dzieci odczuwają presję związaną z egzaminami i rywalizacją, a niekończące się walki o odrabianie zadań domowych psują relacje z rodzicami. Każdy przegrywa.

Kompetencje przyszłości

Podczas wspomnianego wcześniej kongresu DGG Natalia Hatalska prezentowała trendy w rozwoju miast, społeczeństwa, pracy, życia codziennego i edukacji. Wymieniła siedem kompetencji, których zdobycie będzie niezbędne, by w przyszłości odnaleźć się na rynku pracy. Są to: zdolność krytycznego myślenia, kreatywność, inteligencja emocjonalna, podejmowanie decyzji, zdolność przekazywania swojej wiedzy i umiejętności innym, zdolność aktywnego słuchania i zarządzanie projektami.

Wśród wymienionych umiejętności nie ma zapamiętywania dużej ilości materiału, na czym opiera się współczesna edukacja. W czasach, gdy odszukanie odpowiedzi zajmuje ułamek sekundy, bardziej przydatna jest umiejętność zadawania pytań, a także wyszukiwania i selekcjonowania znalezionych informacji. Dzieciom powinno się raczej tłumaczyć zjawiska czy wydarzenia niż oczekiwać od nich pamiętania szczegółów, dat czy trudnych nazw. Kevin Kelly w książce Nieuniknione. Jak inteligentne technologie zmieniają naszą przyszłość opisuje dwanaście procesów, które zdecydują o tym, jak będzie zmieniał się nasz świat w najbliższej przyszłości.

Najbliższej, czyli obejmującej mniej niż trzydzieści lat. „Dzisiaj znacząca większość z nas wykonuje zajęcia, które nawet nie śniłyby się rolnikom w XIX wieku. Trudno w to uwierzyć, ale do końca tego wieku 70% dzisiejszych zawodów w podobny sposób zostanie zastąpionych przez automatyzację (…). Innymi słowy, pojawienie się robotów jest nieuniknione, a zmiany na rynku pracy to tylko kwestia czasu”, pisze. Jack Ma na Międzynarodowym Forum Ekonomicznym przekonywał, że nie ma sensu konkurować z robotami. Nie musimy uczyć dzieci tego, co w przyszłości będzie domeną maszyn. Musimy za to jeszcze mocniej rozwijać się w kierunku, który dla robotów (przynajmniej na razie) jest nieosiągalny. Jest to kreatywność i wszelkie działania twórcze.

Od XIX-wiecznej fabryki do fabryki XXI wieku

Obecny system edukacji został ukształtowany w okresie rewolucji przemysłowej. Powstał model, którego celem była „produkcja” pracowników fabryki. Reliktami tej epoki są dzwonki, czas pracy podzielony na 45-minutowe bloki, z wyglądem klas i układem ławek włącznie. Uczniowie przychodzą na określoną godzinę i stają przy swojej „taśmie” – 45 minut, przerwa, 45 minut, przerwa. Zmienią się nauczyciele, przedmioty, tematy. Taki układ ma rzekomo być pomocny dzieciom, które nie potrafią skupić się przez dłuższy czas na jednym zadaniu. Jednak praktyka pokazuje coś innego. Po pierwsze, jeśli uczniowie mają ciekawe, wciągające zadanie, potrafią zajmować się nim przez o wiele dłuższy czas. Po drugie, podział na 45-minutowe bloki powoduje, że większość lekcji nauczyciele spędzają na sprawdzeniu obecności, powtórzeniu materiału z zeszłego tygodnia, sprawdzeniu wiedzy uczniów i omówieniu
zadania domowego.

Na samą naukę brakuje czasu. Wiele rodzin, które zdecydowały się na edukację domową, podkreśla, że przygotowanie do obowiązkowych egzaminów zajmuje im o wiele mniej czasu niż w szkołach, ponieważ mogą pracować blokami i nie tracą czasu na formalności. Nauczyciele również narzekają, że nie są w stanie przeprowadzić niektórych rodzajów zajęć, nie mogą pojechać na wycieczkę, ponieważ mają do dyspozycji tylko jedną lub dwie godziny lekcyjne. Zorganizowanie wyjścia do instytucji zewnętrznej wymaga umiejętności logistycznych i postawienia na głowie całej szkoły. A takie wyjścia do „prawdziwego świata” powinny być ważnym elementem edukacji, o czym pisał już Christopher Alexander w Języku wzorców.

Jednym ze szkodliwych reliktów fabrycznej przeszłości szkoły są zadania domowe. „Od zawsze panowało przekonanie, że praca domowa jest po prostu koniecznością, jeśli uczniowie mają robić postępy w nauce. Obecnie znamy poważne opracowania badaczy z Danii, Wielkiej Brytanii i USA, które prowadzą do przeciwnego wniosku. Duńskie czteroletnie badanie dowodzi nawet, że odrabianie zadań w domu jest kontrproduktywne i hamuje postępy w nauce, zamiast je wspierać”, pisze Juul. Chociaż szkoły starają się nie zauważać tych badań, coraz więcej pedagogów, rodziców, a nawet polityków walczy o zmniejszenie obciążenia dzieci dodatkowymi godzinami pracy. Pod lupę brane są również wszelkiego rodzaju zajęcia pozalekcyjne, często o wiele bardziej atrakcyjne dla dzieci niż lekcje w szkole (muszą być takie, jeśli chcą przyciągnąć klientów), ale ich nadmiar powoduje zmęczenie, wpływa negatywnie nie tylko na samopoczucie dzieci, ale również na relacje w rodzinie. Wieczorem, zamiast usiąść do wspólnej kolacji lub zagrać w grę planszową, wszyscy po prostu padają wyczerpani.

Współodpowiedzialność

Zuzanna Skalska podczas spotkania Element Urban Talks w grudniu 2017 roku opowiadała o zmianach, jakie w najbliższym czasie nastąpią w naszym życiu społecznym. Jednym z nich jest co-sharing, czyli współdzielenie. Indywidualna własność z czasem coraz bardziej będzie ustępować wspólnym przedmiotom i przestrzeniom. Powstają, również w Polsce, pierwsze budynki przeznaczone pod wynajem, w których poza niewielkimi aneksami kuchennymi mieszkańcy dostają do dyspozycji duże, wspólne kuchnie, pokoje wypoczynkowe czy pralnie. Przewiduje się, że w przyszłości nie będzie możliwe, aby każdy miał własny samochód. Bardziej prawdopodobne będzie funkcjonowanie systemu wypożyczania samochodów na takiej zasadzie, jak działa obecnie Traficar. Po wprowadzeniu autonomicznych aut będzie to jeszcze łatwiejsze. Aby system współdzielenia działał prawidłowo, konieczne jest poczucie współodpowiedzialności. Dlatego umiejętność nawiązywania i utrzymywania zdrowych relacji oraz empatia należą do kluczowych kompetencji, które powinniśmy przekazać naszym dzieciom.

Jednym z elementów kształtowania współodpowiedzialności wśród młodych ludzi jest pozostawienie im wolności w dokonywaniu wyborów. Juul pisze, że „napiętą atmosferę wokół szkoły mogłaby uleczyć rezygnacja z reliktu przeszłości, jakim jest obowiązek szkolny, i zastąpienie go prawem do nauki”. Wolności brakuje również poszczególnym szkołom czy nauczycielom, którzy zmuszani są do realizacji takiego samego programu. Jeśli szkoła ma możliwość stworzenia własnego programu, dostosowanego do warunków lokalnych i potrzeb poszczególnych uczniów, poprawiają się ich wyniki. Dotyczy to również standaryzowanych testów, które, wydawałoby się, są odzwierciedleniem ogólnie przyjętego programu. Jego odrzucenie nie oznacza, że uczniowie zostaną w tyle, a wręcz przeciwnie zaczną czerpać radość z nauki, a dzięki temu osiągać lepsze wyniki.

Wolność należy się również dzieciom i rodzicom, którzy powinni mieć możliwość wyboru systemu edukacji. Wszyscy zaangażowani w poprawę edukacji zgodnie twierdzą, że nie ma jednego idealnego systemu, który sprawdziłby się w każdych warunkach i dla każdego. Każda szkoła powinna zapewnić indywidualne podejście do ucznia. Rodzice i dzieci powinni mieć również możliwość wyboru spośród różnych typów szkół. Obecnie szkoły bazujące na pedagogice Marii Montessori, Rudolfa Steinera czy szkoły demokratyczne stanowią promil, alternatywę dla tych, którzy mają wystarczająco samozaparcia i możliwość, aby wozić dziecko na drugi koniec miasta, a przede wszystkim dla tych, których na to stać. Gdyby szkoły te były ogólnie dostępne, było ich więcej, wymusiłoby to zmiany w zwykłych szkołach.

Przygotowane otoczenie

W pedagogice Montessori jedną z kluczowych elementów jest „przygotowane otoczenie”. Maria Montessori wychodziła z założenia, że w odpowiednim środowisku nauka odbywa się niejako automatycznie. Dzieci w wieku żłobkowym i przedszkolnym potrzebują porządku, mebli, do których będą mieć łatwy dostęp, stonowanych kolorów, koszyków i półek, na które będą mogły odłożyć zabawki. To wszystko zachęca do nauki, ale też uczy ważnych życiowych umiejętności. Te same zasady moglibyśmy odnieść do starszych uczniów. Montessori skupiała się na wyposażeniu sali przedszkolnej (bo tylko na to miała wpływ), ale psychologia środowiskowa potwierdza, że architektura ma znaczący wpływ na to, jak się uczymy i jak odpoczywamy. Dlatego szkoła przyszłości to nie tylko radykalna zmiana programu, ale też architektury szkół.

Szkoła Przyszłości dalszej czy bliższej?

Czy zmiana paradygmatu edukacji jest możliwa? Jest możliwa, jest wręcz konieczna. Geoffrey Canada na konferencji TED Education w 2013 roku opowiadał, że gdy posługiwaliśmy się telefonami na korbkę, a ludzie umierali na polio, uczyliśmy w taki sam sposób jak dziś. I mimo iż nikogo nie dziwi, że posługujemy się telefonami komórkowymi i mamy szczepionki, to wszelkie próby zmiany systemu edukacji wydają się radykalne i szalone. Jesper Juul jest jednak optymistą. „Zmiana paradygmatu, o której mówię, wzbiera już jak tsunami i z pewnością zaleje nas w ciągu najbliższych dziesięciu lat”. Pozostanie mieć nadzieję, że tak właśnie będzie.

Zdjęcie: Anna Komorowska | pracownia k.